Miesięczne archiwum: Październik 2019

Browar Warkot

Po raz pierwszy od prawie trzech miesięcy usiadłem przed klawiaturą, aby zrobić wpis. Wpis mocno zaległy, bo dotyczący degustacji pięciu piw z Browaru Warkot, której dokonałem na przełomie lipca i sierpnia.

Zacznę od krótkiej podróży w czasie – powrotu do dnia, w którym nagrywałem wywiad z Michałem Zielińskim w pubie Z Innej Beczki. Kamera wyłączona, mikrofony odpięte. Usiedliśmy do luźnej rozmowy, oczywiście przy piwie. Miałem już wracać do domu, gdy napisał do mnie Bartosz Ławniczak, menadżer lokalu. Poprosił żebym zaczekał jeszcze kilka minut. Nie było to oczywiście problemem, zwłaszcza po przysłudze, którą mi oddał udostępniając część lokalu na potrzeby nagrania. Okazało się, że miał dla mnie… prezent. Bartek zajmuje się również marketingiem i sprzedażą w łódzkim Browarze Warkot. I z tego Browaru miał dla mnie pakunek, na który składało się 5 piw i firmowe szkło. Nie ukrywam, że byłem ciekaw zawartości – miałem ku temu powody.

Browar Warkot warzy w Klubopiwiarni, łódzkim pubie z własnym mini-browarem (brewpub). Miejsce to było mi znane – wylądowałem tam ze znajomymi gdzieś w pierwszej połowie 2018 r. Pomysł na serwowanie uwarzonego na miejscu piwa przypadł mi do gustu. Niestety, same piwa już nie. Pamiętam, że piłem tamtego wieczoru IPA, pilsa, bodajże pszeniczne oraz american wheat’a. I tylko to ostatnie było w stanie się obronić. W konsekwencji do lokalu nie zaglądałem, szukając ciekawostek na kranach łódzkich multitapów. Do ponownych odwiedzin zachęciła mnie wiadomość, że Warkot jako głównego piwowara zatrudnił Gosię Węgierską, którą to miałem okazję poznać jeszcze w barwach Browaru Roch. Ruch Warkotu pokazał, że zależy im na produkcie, więc należało zrobić drugie podejście i zweryfikować sytuację. A okazja do tego odnalazła mnie sama…

Sabro Wheat

Kierując się jedynym dobrym wspomnieniem po dawnej wizycie, na pierwsze piwo wybrałem Sabro Wheat. Moją ciekawość podkręcał dodatkowo fakt wykorzystania do nachmielenia nowofalowej odmiany chmielu – Sabro, która jest dosyć młoda i przez to stosunkowo rzadko spotykana. Warkotowy pokal wypełniłem ciemnozłotym i dosyć klarownym trunkiem. Zwieńczyła go niewysoka i nietrwała piana, po której szybko pozostał gruby pierścień pęcherzyków osadzonych przy szkle. Zapach miał średnią intensywność, kryły się w nim za to bardzo przyjemne dla nosa aromaty chmielu o charakterze owoców cytrusowych i tropikalnych, takich jak mango, ananas, pomarańcza i… kokos. Dodatkowe akcenty doszły w smaku – na języku pojawiły się pomelo, grejpfrut, limonka i subtelne nuty mięty. Goryczka była wyraźna, delikatnie ziołowa, niestety lekko zalegała. Wysycenie na średnio-wysokim poziomie, całość lekko wodnista. Podsumowując, jest to piwo, przy którym można miło spędzić czas. Dobór chmielu i decyzja o użyciu tylko jednej odmiany – jak dla mnie na plus.

Gose z malinami [feat. Funky Fluid]

Butelka numer dwa, to gose z dodatkiem malin, które zostało uwarzone w kooperacji z jednym z najlepszych nowych browarów rzemieślniczych na naszym rynku – ekipą Funky Fluid. Od efektów takiej współpracy oczekiwałem czegoś dobrego. Jak wyszło? Smacznie i pijalnie. Piwo było mętnawe, miało barwę malinowego (a jakże) różu. Piana od początku była nikła, szybko zniknęła i wspomnieniem po niej pozostawał wątły krąg pęcherzyków przyklejony do ścianek pokala. W smaku i zapachu maliny zdominowały profil. Oprócz nich pojawiła się jednak wyczuwalna siarka, co nieco obniżyło doznania. W smaku kwaskowo i słonawo, czyli tak jak być powinno. Druga przyjemna pozycja, jednak w tym przypadku na całości pozostała drobna siarkowa rysa. Mimo to, chętnie sięgnę po to piwa jeśli nadarzy się kolejna okazja.

Oat Milk Stout

Owsiany mleczny stout wypełnił pokal przy trzeciej sesji. W takich chwilach dziękuję opatrzności, że laktoza nie jest wyzwaniem dla mojego organizmu – mogło by mnie ominąć bardzo fajne piwo. Miało ono ciemnobrązowy kolor, absorbowało światło. Niewysoka, beżowa, zbudowana ze średnich i drobnych pęcherzyków chroniła zawartości. Niestety dosyć szybko zredukowała się do niskiego, poszarpanego kożucha. Węch został wystawiony na próbę ze względu na niską intensywność zapachu. Udało mi się wychwycić czekoladę, kawę, toffee, nuty ziemiste oraz lekkie akcenty karmelowe. W smaku nie dość, że bez zrzutu, to całkiem przyjemnie – słodycz z kwaskowością kawy, subtelna goryczka w finiszu. Na języku zatańczyły czekolada, kawa, nuty palone, pumpernikiel oraz lekka popiołowość. Wysycenie niskie, nieco wodniste. Solidna pozycja, pijalna, dobrze zbalansowana. Myślę, że może trafić do osób, które są na początkowym etapie poznawania nowych stylów piwa.

RIS

Nastał czas na coś grubszego kalibru, co spowodowało u mnie naturalny odruch przebierania nogami. Russian imperial stout to jeden z tych styli piwa, które zawsze i chętnie spróbuję. Efekt godny odnotowania zrobił zalakowany kapsel, który nadawał butelce nieco bardziej szlachetnego wyglądu. Po otwarciu i przechyleniu butelki, do szklanki zaczął dostojnie przelewać się się nieprzejrzysty płyn o ciemnobrązowej barwie. Utworzyła się na nim wysoka, beżowa, niemalże kremowa piana. Była długotrwała, bardzo ładnie oblepiała szkło. Wydobywały się spod niej aromaty o średniej intensywności, o charakterze czekolady, kawy, rodzynek, nutach palonych, pojawiły się również delikatne akcenty wiśni. Alkohol nie był wyczuwalny. Smak był słodki, o goryczkowym i popiołowym finiszu. Kubki smakowe wypełniały czekolada, kawa, śliwka, pumpernikiel, karmel i nuty palone. Alkohol delikatnie rozgrzewał przełyk. Niby wszystko się zgadzało, a jednak było w tym wszystkim coś… dziwnego. Otóż całość była lekko wodnista, z czym się w RIS’ach jeszcze nie spotkałem. W połączeniu ze stosunkowo niskim „woltażem” (8% obj. alk.) i niskim wysyceniem w odbiorze piwo sprawiało wrażenie… sesyjnego. Nie umiem tego lepiej określić.

RIS Vanilia

Ostatnie z testowanych piw było również RIS’em, o tych samych parametrach co poprzednik, jednak z dodatkiem laski wanilii. I byłem przekonany, że różnica sprowadzi się wyłącznie do tego jednego elementu. Byłem jednak w błędzie. Jeżeli chodzi o wygląd, rzeczywiście było jak poprzednio – nieprzejrzyste piwo o kolorze ciemnego brązu. Piana wysoka, gęsta, beżowa, z dobrym lacingiem, wolno opadała do obfitego kożucha. Zapach również o średniej intensywności, jednak o innym profilu – w nozdrza uderzały zapachy wanilii, wafli, kakao, czekolady oraz lekkie nuty drewna. W smaku na pierwszy plan wysuwała się wanilia, jednak na szczęście nie zdominowała profilu piwa. Na drugim planie wyczuwalne były czekolada, i likier kawowy. Całość była słodka i gładka, z delikatną goryczką w finiszu. Alkohol rozgrzewał przełyk, w aromacie nie był jednak wyczuwalny. Piwo znów było lekko wodniste, jednak w tym przypadku nie było to tak drażniące jak w „podstawce”.

Browar Warkot, a co za tym idzie – również Klubopiwiarnia, zrobiły dosłownie skok jakościowy na przestrzeni ostatniego roku. Serwują lepsze piwa, ich portfolio systematycznie się powiększa, pojawiają się coraz częściej na festiwalach i kranoprzejęciach w innych miastach, warzą kooperacyjnie z innymi browarami. Ich butelki pojawiają się również w sklepach, inwestują w materiały marketingowe (własne koszulki, różnego rodzaje szkła). Browarze Warkot, idziecie dobrą drogą!
PS. Od stycznia mój pracodawca przenosi siedzibę w bliską okolicę Klubopiwiarni. W praktyce oznacza to, że będę mógł śledzić sytuację na bieżąco 😉