Miesięczne archiwum: Czerwiec 2019

Poczwórny test piw z Lulu Craft Beer

Pod koniec maja zgłosił się do mnie browar Lulu Craft Beer z propozycją podesłania piw do recenzji. Swoim zwyczajem postawiłem jeden warunek – nie ma taryfy ulgowej. Nie było zastrzeżeń, w związku z czym na początku czerwca kurier dostarczył to, co prezentuję poniżej.

W środku przesyłki były solidnie opakowane cztery piwa, magnes na lodówkę będący jednocześnie otwieraczem do butelek oraz list. Elementem, który przykuwał uwagę najmocniej były etykiety. Na każdej pojawiały się kobiece twarze z motywami roślinnymi (w przypadku piw z owocowymi dodatkami – były to właśnie te owoce) oraz hologramy zwierząt. Projekty były bardzo estetyczne, przyciągały spojrzenie. Całość w moim odczuciu była jednak przedstawiona w sposób sugerujący, że produkt dedykowany jest piękniejszej części konsumentów. Tyle z wrażeń z tak zwanego unboxingu. Jak wypadła zawartość butelek?

Lulu American IPA

Na pierwszy ogień wziąłem American IPA, powody były dwa. Po pierwsze – owocowe dodatki mogą przykrywać niedoskonałości stylu bazowego, więc „czysty” styl jest w stanie dać mi lepsze rozeznanie w sytuacji. Po drugie, piwo było już po terminie. Nie mam problemu ze spróbowaniem takiego egzemplarza, jednak w tym stylu odbiera to jakość. Świeże piwo mogło być zupełnie inne niż to, które było mi dane spróbować. A teraz do rzeczy.
Szklankę wypełnił nieklarowny płyn o miedzianym kolorze. Powstała na nim niska biaława piana, która szybko zredukowała się do płaskiej plamy rozlanej po powierzchni. Zapach był subtelny, wyczuwalne były nuty cytrusowe i ziołowe. Wychwyciłem również akcenty herbatnikowe (nie, nie herbaciane). Żaden z aromatów nie miał dominującego charakteru. W smaku pojawiła wyraźna goryczka oraz mocna kontra słodowa. Tym razem pojawiły się nuty wiodące o charakterze ziołowo-herbacianym (nie, nie herbatnikowym). Cytrusy były raczej na granicy autosugestii. Niestety goryczka była łodygowata i zalegająca. Niskie wysycenie i pełna cielistość sprawiały, że piwo w odbiorze było ciężkawe i zapychające. Raz jeszcze zaznaczę – jako świeże może prezentować się inaczej. Na rynku mamy sporo pozycji warzonych w tym stylu, które prezentują się zdecydowanie lepiej.

Lulu Blackcurrant APA

Degustacja nr 2 upłynęła mi pod znakiem American Pale Ale z dodatkiem pulpy z czarnej porzeczki i laktozy. Owoce przyciemniły kolor, czyniąc nieprzejrzyste piwo ciemno miedzianym. Zdobiła je niewysoka piana, która szybko opadła do lekkiego kożucha. Zapach niestety był mało intensywny – na pierwszy plan wyszła czarna porzeczka, w tle pojawiały się delikatne nuty cytrusowe. W smaku pojawiła się pochodząca od owoców lekka kwaśność, czarna porzeczka zdominowała kubki smakowe. Nieco zalegająca, choć subtelna goryczka została zaznaczona. Gładkie w odbiorze, jednak mało wyraziste. Wysycenie niskie, ciało pełne.

Lulu Gooseberry APA

Drugie piwo owocowe, a trzecie z zestawu, to ponownie American Pale Ale, tym razem z dodatkiem agrestu, truskawek i laktozy. Nie ukrywam, że tego egzemplarza byłem ciekaw najbardziej – agrest jest raczej rzadkim dodatkiem do piwa. Kolor był zaskakująco jasny – szklankę wypełnił złoty i nieprzezroczysty płyn. Na jego powierzchni utworzyła się średniej wysokości piana, zbudowana drobnych pęcherzyków. Dosyć szybko opadła do puszystej powłoczki. Zapach o nisko-średniej intensywności, w nozdrzach pojawiły się agrest w towarzystwie białych owoców. Piwo gładkie i słodkawe, wyczuwalne truskawki, agrest wciąż zauważalny, jednak zszedł na dalszy plan. Goryczka natomiast niewyczuwalna – laktoza, owoce i słody zrobiły swoje. Na pewno nie odgadłbym stylu bazowego. Wysycenie niskie, ciało pełne. Całość trochę zbyt ciężka i zapychająca.

Lulu Raspberry APA

Jako ostanie piwo, na warsztat wziąłem wypust o smaku malin dorzuconych do American Pale Ale. Niemałym zaskoczeniem był kolor – szkło przybrało kolor pomarańczowej, nieprzejrzystej cieczy. Piana była niewysoka, szybko opadła do poszarpanego, płaskiego kożucha. Po raz pierwszy w aromacie pojawiła się intensywność – maliny całkowicie zdominowały profil. Podobnie było zresztą w smaku. Lekko kwaśny początek przeszedł w słodycz. Zabrakło natomiast goryczki. W gardle pozostał lekki posmak syropu malinowego. Wysycenie niskie, ciało pełne, całość dosyć gładka.

Krótko podsumowując – podesłane piwa wypadły dosyć przeciętnie. Żadne z nich nie podbiło mojego gardła, miałem już okazję wypróbować wiele piw zapewniających lepsze doznania. Nadal jest to jednak dwie półki wyżej od (przykładowo) serii Browaru Staropolskiego. Problemem może być to, że Lulu nie idzie w wyrazistość. Mam wrażenie, że boi się zaatakować smakiem. Zupełnie niepotrzebnie. W naszym małym piwnym świecie laury zdobywają piwa charakterne. Ale wiem, że między przeciętnym konsumentem Tyskacza a piwnym świrem jest cała masa odbiorców. Za co mogę pochwalić Lulu, to dystrybucja – ich piwa są dostępne nawet w marketach (Auchan, Tesco), więc możecie sprawdzić je organoleptycznie bez większego problemu.
Lulu – dziękuję za przesyłkę i gratuluję odwagi.

Pozdrawiam,
Piotr Kołodziejczyk

NeoCitra [Legenda Sörfőzde]

Czy wspominałem już jak wielką frajdę sprawia mi, gdy znajomi przywożą ze swoich wojaży jakieś lokalne piwne specjały w ramach niespodzianki dla mnie? Tak, wiem że już kilkukrotnie. A teraz przytrafił mi się egzemplarz tym bardziej ciekawy, bo wybrany przez osobę, która na piwie zna się doskonale.

Michała Zielińskiego poznałem dzięki mojej żonie. Rok temu, przed łódzkimi Piwowarami, w ramach prezentu urodzinowego wykupiła dla mnie miejsce na kursie sensorycznym II-ego stopnia. Kurs ten był prowadzony właśnie przez Michała. Okazał się on nie tylko piwnym ekspertem (jest sędzią PSPD i BJCP), ale także niezłym gadułą. Pierwsze spotkanie zaowocowało ciekawym wywiadem. Od tamtej pory w Wiśle upłynęło wiele wody, przez moje gardło przewinęły się setki piw, a część z nich była próbowana w wesołym towarzystwie Michała. I tutaj dochodzimy do dzisiejszego bohatera, czyli NeoCitra, którego Michał przywiózł mi do degustacji, wracając z konkursu piwnego na Węgrzech, podczas którego był sędzią.

Przyznam szczerze, że moją ciekawość podbijał dodatkowo fakt, że było to pierwsze piwo rzemieślnicze z Węgier, jakie dane było mi próbować. Dotychczas miałem do czynienia wyłącznie z ich „koncerniakami”. Więc jak było w tym madziarskim krafcie? Dosyć… ciemno. Po przelaniu zawartości butelki do szkła, oczom ukazał się płyn o barwie graniczącej między kolorem pomarańczowym a brązowym. Jeżeli chodzi o przejrzystość, było bardzo mętnie. Powiedziałbym nawet, że błotniście. Na wierzchu utworzyła się niewysoka i krótkotrwała piana, która szybko zredukowała się do delikatnego białawego pierścienia rozciągniętego przy szkle. Aromat był o średniej intensywności i został zdominowany przez chmiele, które stworzyły cytrusowo-tropikalną mutliwitaminę. Jeżeli chodzi o smak, było zdecydowanie soczyście. Piwo było solidnie nachmielone, na języku grała orkiestra owoców cytrusowych i tropikalnych. Wśród nich pierwsze skrzypce grały grejpfrut i pomelo. Niestety, efekt psuło lekkie gryzienie w gardle. W finiszu pojawiła się wyraźnie zaakcentowana i krótkotrwała goryczka. Całość była lekko wodnista, wysycenie na poziomie średnio-niskim. Lekko, soczyście, owocowo i rześko. A przede wszystkim – pijalnie.

Pierwszy kontakt z węgierskim piwnym rzemiosłem uważam za udany, a Michałowi dziękuję za umożliwienie mi tej degustacji. I tutaj apel do Was – jeżeli jesteście gdzieś w świecie, próbujcie tego, co daje Wam rynek lokalny. Heinekena czy innego Carlsberga możecie spróbować w zasadzie wszędzie. Nie twierdzę, że uda Wam się od razu odkryć coś nieprawdopodobnego. Ale jeżeli traficie tą „perłę wśród piw”, myślę że poczujecie, że było warto.

Pozdrawiam,
Piotr Kołodziejczyk