Pub Spółdzielczy Łódź

Tak, dobrze widzicie. Po raz pierwszy na blogu pojawił się film. Wraz z nim pojawił się kanał na YouTube, na którym to będą się też pojawiać kolejne projekty. Po raz pierwszy również swoje drzwi otworzył Pub Spółdzielczy Łódź. Dosłownie na godzinę przed tym wydarzeniem, udało mi się porozmawiać z pomysłodawcami franczyzy społecznej.

Z filmu dowiecie się kilku zdań na temat samego pubu – gdzie jest położony, co znajduje się w jego okolicy, co możemy znaleźć na kranach i jakich wydarzeń możemy się spodziewać. Jednak są to tylko tematy uzupełniające. Najważniejsza jest jednak misja, którą w Browarze Spółdzielczym rozpoczęli Agnieszka Dejna i Janusz Golisowicz, a której kontynuację możemy zobaczyć własnie w pubie. O co chodzi? Zapraszam do oglądania!

Pozdrawiam,
Piotr Kołodziejczyk

Potion #02 [Brokreacja]

Brokreacja Potion #02

Po utracie wiedźmaka Gerarda, drużyna śmiałków nie porzuciła zlecenia otrzymanego od piwowarów z wyszynku Brokreacja. Opanowali pożar w burdelu, wybili przeciwników i ruszyli przed siebie ku dalszej przygodzie. Tyle tylko, że szli już nieco ostrożniej.

Po drodze nie napotkali większych trudności. Owszem, zdarzały się przerośnięte szczury, pająki o czerwonych oczach czy czerwie wielkości dorodnego wieprza. Nie były to jednak kreatury, które mogły by oprzeć się ostrzu strzały czy zaklęciu wydostającemu się z magicznej laski. Prawdę powiedziawszy, podczas drogi przez podziemne korytarze wiało nudą i zbutwiałym powietrzem. Gdyby nie magiczne zioła, którymi częstował Ganjalf, poszukiwacze złodzieja piwa mogli by umrzeć z nudów. Wszystko zmieniło się, gdy w pewnym momencie poczuli czyste powietrze. To był prawdziwy powiew świeżości, zwiastujący coś więcej niż przechadzkę.

Początkowo nie mogli zlokalizować miejsca, z którego wiało. W pewnym momencie dostrzegli jednak, że płomień pochodni elfa lekko przechyla się w jednym kierunku. Logicznym więc było, aby udać się w kierunku przeciwnym. I rzeczywiście, po odgarnięciu korzeni odkryli stare i nierówne schody, prowadzące spiralą na górę, w głęboką ciemność. GolasLego sprawdził napięcie cięciwy, czarodziej natomiast upewnił się, że po drodze nie będzie przeszkadzać mu rąbek spód… szaty. Ganjalf nakazał ugasić pochodnię, jeżeli na szczycie czaił się wróg, lepiej było go wziąć od tyłu, z zaskoczenia. Prowadziła ich mała magiczna iskierka, oświetlająca drogę na tyle, by wiedzieć gdzie jest stopień a gdzie przepaść między schodami. Okazało się, że na szczycie było wejście na wieżę ruin zamku, leżącego za cmentarzem przylegającym do browaru. Kiedy znaleźli się za progiem, mag wysłał swoje magiczne oko, aby zbadało teren. Za drzwiami samotny mag medytował w blasku księżyca.
– Elfie, dobra nasza. Jest tam tylko jeden czarownik, niczego się nie spodziewa. Plan jest prosty – wypadamy jednocześnie. Ja rzucam śmiercionośnego spella, ty prujesz z łuku. Gotowy? Wchodzimy na trzy. TRZY CZTE…

GolasLego posłusznie ruszył po haśle „trzy”. Takiego obrotu sprawy nie spodziewał się sam autor planu. Zamiast osaczyć swoją ofiarę, elf potknął się o pelerynę czarodzieja. A zdezorientowany mag potknął się o upadającego elfa. Tymczasem czarnoksiężnik spokojnie powstał i gestem ręki przywołał swoją laskę. Zanim napastnicy zdążyli podnieść się z ziemi, przyzwał do pomocy wężona. Zaraz po tym wycelował swój oręż w Ganjalfa, krzycząc „Avada Krav Maga!”. Czarodziej w błęitnej todze zachował jedna czujność, i wstając z kolan odbił czar wypowiadając starogruziński czar „Srutu-tu-tu”. Żywioly wody i ognia zwarły się w morderczym uścisku. W tym samym czasie elf próbował napiąć łuk, aby ustrzelić szarżującego wężona. Nie zdołał wypuścić strzały, zdołał jednak zrobić unik, ratując swoje życie. Przecież nawet dziecko wie, że kopnięcie węża zabija trucizną w ciągu połowy mrugnięcia powieką. Sytuacja zrobiła się mocno skomplikowana.

Nacierając całą magiczną mocą, Ganjalf wysunął z kieszeni buteleczkę z napisem Potion #02 i rzucił ją w kierunku towarzysza. Elf złapał ją w locie. Zdążył jedynie zobaczyć napisy: „11%”, „27 zł” oraz „+7 do przetrwania kopnięcia węża”. Nie zastanawiając się ani chwili, wyrwał kapsel zębami i przechylił trzymaną wysoko nad głową flaszkę. Dalej wszystko potoczyło się niczym w zwolnionym tempie. Z butelki zaczęła płynąć delikatnie opalizująca ciecz o głęboko brązowej barwie. Kiedy zaczęła wypełniać usta GolasaLego, utworzyła się niska, beżowa piana, zbudowana z drobnych pęcherzy i krótkotrwała. Zanim płyn dopadł do kubków smakowych, elf poczuł słodki zapach, nasycony nutami kokosa, orzecha włoskiego, wanilii, czekolady, kawy i drewna. Jednocześnie aromat lekko drażnił delikatną wonią alkoholu. W chwili, gdy eliksir dotknął języka, łucznik poczuł słodki i gładki smak kawy i kokosa, wanilii, drewna i bourbonu oraz orzecha włoskiego. Po przepłynięciu całego gardła poczuł lekko czekoladową gorycz w posmaku i wtórujący jej alkohol. Jego oczy wypełniły łzy, mózg endorfiny, a duszę wiara w nieśmiertelność. Powietrze rozdarł jego krzyk:
– MAM TĘ MOOOOOOOOOOOOOOOOC!
Wiedział, że kopnięcie węża nie może go już otruć. Wyskoczył więc w powietrze, odrzucając na bok rękę z łukiem i strzałą. Chciał pokazać przeciwnikowi swoją mocną psychikę i wzmocniony układ odpornościowy. Wężon uderzył nogą prosto w pierś śmiałka. I rzeczywiście, elf oszukał truciznę. Nie oszukał jednak praw fizyki – siła odrzutu wyrzuciła go z wieży. Na placu boju pozostał sam mag, który musiał teraz pokonać dwóch przeciwników naraz.

Wężon nie analizował sytuacji, po prostu od razu ruszył na Ganjalfa. Po trzech szybkich krokach wyskoczył w powietrze z nogą wyciągniętą w kopnięciu. Ganjalf wolną ręką wytworzył niebieski portal przed lecącym wrogiem, pomarańczowy przed wrogim magiem. Wężogłowy przeciwnik wskoczył w portal, wyskakując jednocześnie z drugiego, uderzając z całym impetem w swojego pana. Głową wpadł przy tym prosto w ogień, który dotąd próbował sięgnąć Ganjalfa. Wężon przed dekapitacją zdołał jeszcze kopnąć czerwonego czarnoksiężnika. Nie zabił go jednak od ręki, użyta już kilkukrotnie trucizna nieco osłabła. Mag ognia upadł, jego ciało ogarnęły konwulsje. Ganjalf podszedł do niego, celując swoją laską między jego oczy. Uśmiechnął się krzywo i powiedział:
– Koniec chlania. Wraz z twoją śmiercią przestanie znikać piwo z browaru.
– Nie wiem… o czym mówisz… Ja pijam… tylko… czysty… spiritus sancti…
Życie opuściło bezimiennego maga. Ganjalf natomiast zdał sobie sprawę, że to nie koniec jego przygody, a jedynie jeden z wielu przystanków.

Tak, Potion #03 już czeka na swoją kolej.

Pozdrawiam,
Piotr Kołodziejczyk

Pilot [Profesja]

Profesja Pilot

Niskoalkoholowa Profesja – odsłona druga i na ten moment ostatnia. A szkoda, bo ten American Pale Ale o zawartości alkoholu na poziomie 1% wyjątkowo przypadł mi do gustu.

Jak wspomniałem wczoraj przy okazji opisu Szofera, z kilkoma odmianami niskoalkoholowych IPA miałem już przyjemność. Większą lub mniejszą, ale jednak – przyjemność. Dzięki temu miałem nieco lepszy punkt odniesienia – nie tylko wytyczne stylu bazowego, ale również porównanie z tym, co udało się uwarzyć innym. Niemniej Pilota otwierałem z ciekawością.

Z butelki do szklanki przelewał się płyn o barwie między słomkową a delikatnie złotą. Na jego wierzchu utworzyła się niewysoka piana, zbudowana ze średniej wielkości pęcherzyków. Szybko zredukowała się do delikatnego kożucha, jednocześnie dosyć obficie oblepiając ścianki nonic’a. Ze środka wydobywał się zapach o średniej intensywności, nabity nutami herbaciano-kwiatowymi. W tle udało mi się wychwycić również subtelne nuty cytrusowe. Smak zgrywał się z tym, co udało mi się wychwycić nosem – pierwsze skrzypce grały herbata i kwiaty, w tle delikatnie wyłaniały się akcenty grejpfrutowe. Początek był lekko słodowy, finisz natomiast lekko wytrawny. Pojawiła się wyraźna i krótkotrwała goryczka. Całość gładka, przyjemna i bardzo orzeźwiająca.

Moim ulubionym piwem niskoalkoholowym był dotychczas Miłosław Bezalkoholowe IPA. Od teraz obok niego mogę śmiało wymieniać Pilota. Po oba będę sięgał nie tylko wtedy, kiedy będę musiał unikać alkoholu. Bo w piwie chodzi o smak, a tutaj tego nie brakuje.

Pozdrawiam,
Piotr Kołodziejczyk

Szofer [Profesja]

Profesja Szofer

Zgodnie z wczorajszą zapowiedzią, dzisiejszego wieczoru chciałbym podzielić się swoją opinią na temat pierwszego z dwóch piw niskoalkoholowych z Browaru Profesja.

Przed właściwym opisem, chciałbym jednak wspomnieć o okolicznościach w jakich otrzymałem piwo. Jakiś czas temu prowadziłem na swoim profilu na Instagramie „bitwę browarów”. Ułożyłem drabinkę, w ramach której użytkownicy głosowali na swój ulubiony browar. W finale zmierzyli się Browar Trzech Kumpli i Browar Profesja. Drugi z browarów rozmawiał ze mną na bieżąco. Po zakończeniu zabawy otrzymałem propozycję, w ramach której dostałbym dwa piwa do recenzji. Podchodzę sceptycznie do kwestii „darmowego piwka dla blogera”. Może to rodzić pewne skojarzenia o tendencyjności oceny. I to właśnie napisałem w odpowiedzi na propozycję – cenię sobie niezależność i w swojej ocenie nie będę się kierował uprzejmością browaru w przesłaniu mi prezentu. I tutaj miało miejsce moje zaskoczenie – Profesja odpisała, że zależy im właśnie na wiarygodnej ocenie w ramach informacji zwrotnej z rynku. Szanuję, naprawdę. A sytuacja dla mnie raczej niestandardowa – aby opisać dotychczasowe piwa i zrobić do nich etykiety wydałem już… całkiem sporo kasy. Ale nie o tym ten wpis. Miał być feedback, będzie feedback.

Przede wszystkim – cenię sobie piwa bezalkoholowe. Jest to pewna nisza, która w dodatku rodzi raczej nieprzychylne skojarzenia. Zupełnie niepotrzebnie – w piwie można pokazać bardzo fajne walory, odcinając jednocześnie alkohol. Ucieszyłem się widząc, że Profesja uwarzyła Szofera w stylu witbier. Nie jest to powszechny kierunek – najłatwiej trafić lagery (w przypadku koncernów) i wszelkiego rodzaju „ipki” w przypadku browarów rzemieślniczych i regionalnych. Przyznam szczerze – był to pierwszy bezalkoholowy (piwa o zawartości do 0,5% określa się jako bezalkoholowe) witbier, jaki było mi dane spróbować. Aczkolwiek styl był mi bardzo dobrze znany. Jak było w testowanym przypadku?

Otóż w szkle zagościł nieklarowny płyn o pomarańczowej barwie. Utworzyła się na nim niewysoka, biała piana. Była dosyć luźnym zlepkiem małych i średnich pęcherzyków, który dosyć szybko zniknął. W przypadku witbierów jestem przyzwyczajony do większej objętości i trwałości. Ale to są „te detale”. Najważniejsze wciąż przed nami. Jeżeli chodzi o zapach, był dosyć subtelny, acz przyjemny – nozdrza były łechtane przez kolendrę i pomarańczę, a więc zgodnie z oczekiwaniami. W smak na pierwszym planie również zagościła kolendra i pomarańcza. Obok nich pojawiły się również grejpfrut i lekkie nuty cytryny i pomelo. W tle wyczuwalne były akcenty przyprawowe. Całość była dosyć słodkawa o delikatnie wytrawnym finiszu. Całość była wodnista (spokojnie, wbrew pozorom to nic złego), o bardzo niskim wysyceniu.

Czego mi zabrakło? Przede wszystkim większego wysycenia i wytrawności. Mimo to Szofer to interesująca propozycja dla np… kierowców. Jest przede wszystkim pijalny, będzie dobrym napojem na nadchodzące ciepłe dni. A to chyba najważniejszy wyznacznik. Poza tym prezentuje ciekawe cechy i jestem spokojny, że znajdzie sobie wierne grono fanów. A tym samym miejsce na rynku.

Pozdrawiam,
Piotr Kołodziejczyk

Ekstrawertyk [Golem]

Golem Ekstrawertyk

Wszyscy mamy takiego znajomego, który po piwie (lub sześciu) zatańczy na stole w pubie, powywija kazaczoka na dyskotece czy będzie śpiewał szanty na imprezie pełnej piwnych świrów. Świat potrzebuje ludzi, którzy potrafią uwolnić swoją pozytywną energię.

Ekstrawertycy nie potrzebują dodatkowych wzmacniaczy, ale nie oszukujmy się – piwo jest dobrym katalizatorem, napędzającym dobry humor jeszcze szybciej i efektywniej. Ale psychoanalizę zostawmy specjalistom. Lepiej od ludzkiej psychiki znam się na piwie (co nie czyni mnie również specjalistą 😉 ). Jak było w Ekstrawertyku? Zachęcił mnie chwyt marketingowy „oldschool”. Miałem nadzieję, że poczuję smaki i aromaty związane z początkami mojej przygody z piwami rzemieślniczymi. Niestety moje oczekiwania i zawartość butelki się rozminęły. Fakt faktem, nie było źle. Myślę, że prezentowana APA znajdzie swoje grono fanów. Ja do niego nie będę się zaliczał. Ale kto wie, może to kwestia punktu odniesienia – przed tym oldskulem wypiłem dziesiątki innych reprezentantów stylu. I problemem mogą okazać się moje wymogi, które wzrastając zatarły już wspomnienia pierwszych kroków w świecie kraftu.